Miłość z Downem

Ostatnio wpadła mi w oko, a później oczywiście w ręce książka „Niechciana seksualność” Kościelskiej. Pomyślałam sobie, a przeczytam, potem wam napiszę coś w tym temacie, może mądrze, może prowokująco, może ciekawie. Bo w końcu postrzeganie cielesności, seksualności osób wyłamujących się poza mainstremowej normy się zmienia, coraz więcej się o niej mówi, a raczej pokazuje: a to modelka z bielactwem, a to modelka z zespołem Downa, a to na wózku inwalidzkim. Powoli przełamuje się społeczne tabu. Tu jednak, przyznam się szczerze, temat mnie pokonał, jest dla mnie emocjonalnie za ciężki, żeby napisać lekko i dowcipnie. 

Przy okazji wczorajszego spotkania postanowiłam porozmawiać na ten temat z moją teściową – oligofrenopedagożką z wykształcenia, pasji oraz zawodu i skonfrontować to co przeczytałam z jej wieloletnią praktyką. Często nam opowiada o swojej pracy. Jednak robi to z wielką sympatią względem swoich podopiecznych, więc skala i ważność problemu seksualności osób upośledzonych umysłowo gdzieś się rozmywa. Jedna kwestia się jednak powiela: w przypadku pojawienia się w rodzinie osoby upośledzonej intelektualnie, jej płeć (biologiczna czy tez kulturowa) przestaje mieć znaczenie. Natomiast, podstawową kwestią jest fakt, że upośledzeni umysłowo płciowo, seksualnie rozwijają się prawidłowo. Mają dokładnie takie same potrzeby seksu i bliskości jak my (!), ci mieszczący się w normie, jednak ze względu na dysfunkcje, nie potrafią kontrolować emocji, okazywać swoich potrzeb zgodnie z przyjętymi społecznie, kulturowo normami. I to, że masturbują się w trakcie lekcji to pikuś. Większy problem, co zauważa też Kościelska, jest w rodzicach, ale również, co dopowiadam ja, w nas, czyli w społeczeństwie, a co podkreśla teściowa: niezależnie od wykształcenia (upośledzenie umysłowe nie dotyczy tylko patologii, wśród rodziców są także osoby z doktoratem) i religijności rodziców, opiekunów prawnych tylko nieliczni nie traktują swoich dorosłych już latorośli jako „dużych dzieci”. Seksualność podopiecznych jest wypierana, czasem tłumaczona przez religię lub pomijana „to mnie nie dotyczy”, rodzice nie chcą widzieć w swoich dzieciach istot seksualnych, a tym samym nie edukują ich w zakresie chociażby funkcjonowania ich ciała (menstruacja), sposobów redukcji napięcia seksualnego i często nie chcą, żeby robił to ktoś inny, „bo nie ma takiej potrzeby”, chociaż powszechne jest tworzenie się par, związków osób upośledzonych, które bardzo chętnie obdarzają się miłością, także fizyczną. 


„Niechciana seksualność” kończy się pozytywnym akcentem, są możliwe szczęśliwe małżeństwa wśród niepełnosprawnych umysłowo, kochają się, mają udane życie seksualne, na miarę możliwości są niezależni finansowo (utrzymują się z renty, pracują w zakładach pracy chronionej), mieszkają samodzielnie, planują dzieci. Sielanka! Tylko takich przypadków jest bardzo, bardzo mało – moja teściowa, od 34 lat w zawodzie, była zaskoczona taką idealistyczną wizją. Chociażby dlatego, że nie pozwala na to polskie prawo, zakłada się bowiem domniemanie, że upośledzeni umysłowo nie mają świadomości swego czynu, poza tym często nie pozwalają na to rodzice, którym, wbrew pozorom, na rękę jest brak samodzielności ich upośledzonych intelektualnie dzieci. I, czego nie wiedziałam, jeśli osoby upośledzone intelektualnie mają od wczesnych lat zapewniona prawidłową rehabilitację, są odpowiednio stymulowane do rozwoju, potrafią normalnie (czyt. jak mieszczący się w normie) funkcjonować w społeczeństwie, co nie zmienia faktu, że nie posiadają pełni zdolności intelektualnych i pewnych rzeczy nie potrafią pojąć, nauczyć się, zapamiętać, itd., są „tylko” dobrze wyćwiczeni. Poza tym, w kontekście seksualności, bez wsparcia ze strony rodziny edukacja, a także kontrola płodności osób upośledzonych umysłowo jest w znacznym stopniu utrudniona. W pewnej klasie była kiedyś taka zakochana para, teściowa tłumaczyła im kwestie płodności, poszła też z dziewczyną i jej matką do ginekologa po tabletki antykoncepcyjne, lecz po pewnym czasie okazuje się, że para (oboje w wieku niespełna lat 15) spodziewają się dziecka. No ale jak to? Jak sobie teraz dasz radę z wychowaniem? Przecież miałaś brać tabletki. No tak, ale żeby było sprawiedliwie raz brałam ja, raz on. 

Często odnoszę wrażenie, że jest to praca syzyfowa, jednak widząc satysfakcję jaką dają teściowej postępy jej podopiecznych, zdaję sobie sprawę, że jestem w błędzie.

 

Ściskam udami
Wiktoria Morella

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lubrykanty

Palec w pupę to nie gej!