#mansplaining

Ze mną można konie kraść.
Chociaż tak naprawdę żadnego nigdy nie ukradłam.
Jest jednak jedna rzecz, która mnie doprowadza do szewskiej pasji, która powoduje, a piana zaczyna mi się toczyć z paszczy.  

O czym mówię?

O mansplainingu, czyli męsplikacji. O braku szacunku do swojej rozmówczyni. Kiedy to mężczyzna w sposób protekcjonalny  tłumaczy kobiecie (najczęściej w formie monologu) coś na czym ona się zna (!). Czasem nawet lepiej od niego. Albo ignoruje to co powiedziała, ignoruje jej osobę, bo jako kobieta nie jest warta uwagi. Jako obiekt seksualny tak, jako równorzędna partnerka w dyskusji nie.


To jest  bardzo zawoalowana forma mikroprzemocy, subtelna dyskryminacja, bo gładko wpisuje się w kulturalny bon ton. Wobec takiego traktowania kobieta jest bezsilna. Mało tego, bardzo często taka forma eksperckiego „dialogu” jest powszechnie, społecznie akceptowana, bo przecież (od dziada i pradziada) mężczyzna lepiej wie, nie? I jest za to nagradzany. Społeczną atencją. Połechtanym ego.


A ona nie ma jaj, jest przecież emocjonalna, wszystko wyolbrzymia, obraża się z byle powodu, nic nie rozumie, brak jej racjonalnego, logicznego podejścia to omawianej sprawy. Ona jest do zajmowania się domem, dziećmi, mężem, a nie do pracy. A już na pewno nie umysłowej! Co najwyżej kawę może zaparzyć. W końcu mężczyzna jest stworzony przez naturę tak, aby objaśniać (kobiecie) świat.  Nawet jak sam się na tym nie zna. Podporządkować ją, narzucić hierarchię.

 Znasz to?
Bo ja bardzo dobrze. Mam takiego delikwenta w pracy.

Jakiś czas temu, siedząc przy biurku, popłakałam się. Z wk*rwu, ale też ze zdziwienia, że takie coś ma w ogóle miejsce! I z bezsilności, kiedy to zacny pan tłumaczył mi łaskawie po raz setny to co wiem. A im bardziej chciałam mu wyperswadować, pokazać, że się myli, bo wiem, naprawdę wiem co robię (!) puentował „ale to nic nie szkodzi, nie ma w tym nic złego, że nie wiesz”. Jakby to co robię, mówię, nie miało kompletnie znaczenia. Powinien mnie jeszcze pogłaskać po głowie i pokazać miejsce w szeregu.

Za pierwszym razem zastanawiałam się, czy czasem się nie przesłyszałam, za drugim byłam w szoku, co jakby ktoś walnął mnie patelnią w czoło, bo w naiwności swej zakładam, że ludzie są w porządku, a za trzecim… No cóż, piana mi cieknie z kącika ust ;) Nie, nie wyzywam. Zaczynam się zwracać w ten sam sposób, używam tych samych argumentów, cytuję zacnego adwersarza obrazując absurdalność wypowiedzi, głupotę autora. 


Ale, w tej męsplikacji jest ukryty mały niuans. Bo właśnie taki jest powszechnie akceptowany, kulturowy, medialnie powielany  tradycyjny skrypt męskości. Ba! Rzeczony mężczyzna może nie zdawać sobie sprawy ze swojego postępowania, bo nigdy nie spotkał się z taką formą wykluczenia, nigdy nie musiał, nie miał powodu do refleksji. Z tym, że mansplaining nie dotyczy tylko i wyłącznie mężczyzn, to każde zachowanie, które zakłada spojrzenie z wyższej pozycji na drugiego człowieka, pogardę wobec słabszego, innego, nie tak doskonałego jak „ja” . Żyjemy w czasach iluzorycznej równości praw, a mansplaining to pole walki o władzę.

Ściskam udami
Wiktoria Morella


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lubrykanty

Palec w pupę to nie gej!